Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Chlebicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Chlebicki. Pokaż wszystkie posty

Kłoda

 

(fot. Koletz)

Zwalone kłody to element przyrody o wyjątkowym znaczeniu dla lasu. Zastanawiam się często co by było, gdyby martwe drzewa nie były poddane procesowi murszenia i rozkładu? Gdy chodzę po lasach Magury cieszę się z każdego martwego pnia, w którym prawie zawsze widać dziuple. Cieszą mnie nawet huby jodłowe, usadowione wysoko na pniach tych drzew.

(fot. Koletz)
 
(fot. Koletz)

Wiadomo, że wiatr jesienny złamie kiedyś taką jodłę właśnie w tym miejscu. Ale pień zostanie. Zasiedlą go glony i porosty, zamieszkają w nim dzięcioły i sowy. 

Trentepolia. Glony rozwijają się m.in. na powierzchni drewna, liści, łodyg, pniach drzew i kamieni. (fot. A. Chlebicki)

Leżąca kłoda stanie się natomiast miejscem, gdzie znajdą schronienie różnorodne organizmy oraz małe zwierzęta. Wewnątrz kłody bytują także grzyby, które konkurują między sobą. Na przykład workowce wytwarzają tzw. strefy brzuszne, które są czarne i uniemożliwiają kolonizację objętego nimi drewna innym grzybom.

Strefy brzuszne workowców w pniu buka. (fot. A. Chlebicki)

Traszki i salamandry zimują w spróchniałych wilgotnych pniach, bo tylko do takich mogą się wcisnąć. Rosnące na kłodach mchy gromadzą znaczne ilości wody, co ma dla lasu kolosalne znaczenie. 

Kłoda jodłowa pokryta mchami i porostami. (fot. A. Chlebicki)

Leżące wilgotne kłody to istne eldorado dla grzybów, mszaków, śluzowców, owadów, bakterii a także roślin naczyniowych.

Śluzowce rosnące na bukowych kłodach. (fot. A. Chlebicki)

Na miękkich kłodach bytują też dżdżownice, a wśród nich ta o pięknej nazwie Eisenia lucens. Można ją zobaczyć tylko wtedy, gdy taki gruby pień pęknie i akurat będzie w nim dżdżownica. Ma jasne i ciemne pierścienie ułożone na przemian. Jest dość duża. Jak się jej dotknie zaczyna świecić, ale świeci też sama, gdy jest ciemno.

Eisenia lucens. (fot. A. Chlebicki)

Świecąca Eisenia lucens, Zdjęcie z mikroskopu konfokalnego. (fot. P. Táborsky)

Młode świerki, które rosną na kłodach mają lepsze warunki życia niż te rosnące na ziemi. W lasach Magury tak samo zachowują się młode jodełki rosnące na zmurszałych kłodach jodłowych.

Młode jodełki na zmurszałym pniu. (fot. A Chlebicki)

Po kilkudziesięciu latach kłoda zamienia się w niewielki garb na dnie lasu. Mocno zmurszałe kłody są rozrywane przez dziki i w ten sposób szybciej dochodzi do ich utylizacji. Kłody leżące na dnie lasu mają też znaczenie estetyczne: obrośnięte mchami dodają tajemniczości.
 
Znajomi Łemkowie mówili mi, że dawniej nie było tu pni i gałęzi na dnie lasu, bo wszystko skrzętnie zbierano na opał. Dziś w lasach Magury można znaleźć mnóstwo leżących pni. Często są to fragmenty pozostawione przez drwali. Można pomyśleć, że to marnotrawstwo,  ale jest wręcz przeciwnie. Dla lasu to dobrodziejstwo! Bez kłód i powalonych drzew las ma znacznie obniżoną bioróżnorodność.

Czarny bez

 

(fot. domena publiczna)

Czarny bez rośnie na skraju lasów. Gdy kwitnie, w maju i czerwcu, z daleka widać bielejące  bzowe zarośla. Właśnie wtedy ukazuje się jasna natura bzu. Bez ciągnie do ludzi, do miedz, do opuszczonych gospodarstw i zapuszczonych ogrodów. Mówiono o nim, że jest wcieleniem Białej Bogini i strażnikiem domowego ogniska, i chroni przed złem i chorobami. Wierzono też, że jego gałęzie zawieszone w stodole chronią krowy przez atakami demonów i brakiem mleka. 

Czarna natura bzu związana jest z jego owocami.

(fot. domena publiczna)

(fot. Ewa Grzeszczuk)

Bez jest pośrednikiem między żywymi i krainą zmarłych. Stare legendy mówią o tym, że w korzeniach czarnego bzu mieszkają złe duchy, bajstruki, zrodzone przez czarownice. Wierzono też, że  krzaki bzów mogły zamieniać się w wampiry. Potężne moce czarnego bzu związane są właśnie z jego dwojaką naturą. W mitologii Słowian roślina ta była uznawany za święte drzewo duchów podziemia i przypisywano jej zdolność pośredniczenia pomiędzy światem żywych i zmarłych. Mnie dwojaka natura bzu kojarzy się ze słowiańskimi boginkami: Dziewanną i Marzanną. 

(fot. domena publiczna)

Lubię zbierać kwiaty bzu. Wrzucam cały kwiatostan do gorącej wody i cudowny zapach unosi się w domu. Z kwiatów bzu można też przyrządzić orzeźwiający napój, doskonały do gaszenia pragnienia w czasie upałów. A wysuszony bez przypomina zimą zapach wiosny.

Pewnego razu spotkałem na jarmarku w Krakowie Jana Malisza.

Był on wówczas mało jeszcze znanym muzykiem i twórcą instrumentów. Sprzedawał piszczałki karpackie wykonane z czarnego bzu. Pierwszy raz trzymałem wtedy w ręku ten niezwykły instrument - piszczałkę bezotworową. To trudny instrument, który wymaga bardzo dobrej techniki. Do wydawania dźwięków o różnej wysokości służy jeden palec układany na otworze wylotowym. 

Materiał na instrumenty pozyskuje się zimą, w czasie mrozów. Następnie drąży się otwór, używając do tego rozgrzanego metalowego pręta. Potem piszczałka jest zdobiona motywem roślinnym oraz smarowana olejem lnianym. Oprócz piszczałek z czarnego bzu robi się też fujary karpackie. Największy zbiór aerofonów karpackich zgromadził Michał Smetanka, twórca Muzeum Instrumentów Ludowych w Brutovcach, w Słowacji. 

Zdjęcie w dzienniku Nový čas,  2018 r.

Michał jest też jednym z najlepszych wykonawców muzyki pasterskiej w Karpatach. W wolnym czasie reperuje i tworzy instrumenty muzyczne. 

Na flecie z czarnego bzu wykonanym przez Michała Smetankę gra Zorana. Brutovce. (fot. L. Dohojda)

Pewnego razu na jarmarku w Zagrodzie Maziarskiej w Łosiu widziałem kości bzowe. Podobieństwo do prawdziwych kości było niezwykłe. A to były instrumenty perkusyjne ! 

Ale wróćmy do naszej rośliny i jej właściwości.

(fot. domena publiczna)

Czarny bez jest jedną z najstarszych roślin wykorzystywanych w ziołolecznictwie. Był znany już w średniowieczu. Uważać trzeba na świeże owoce bzu ponieważ zawierają toksyczne związki, które mogą prowadzić do wymiotów i biegunek. Natomiast przetworzone owoce, suszone lub gotowane, świetnie nadają się do sporządzania wyciągów i nalewek, które mają działanie przeciwwirusowe, przeciwbakteryjne, przeciwzapalne i przeciwbólowe. Z kwiatów czarnego bzu przyrządza się natomiast herbaty, które działają rozgrzewająco i przeciwzapalnie. 

Czarny bez to ważna roślina stosowana dawniej przez zielarki, babki i bosorki. 

Bosorka, grafika na stronie Muzeum w Kieżmarku

Janna Laprus, autorka bestsellerowych książek „Słowiańskie boginie ziół” i „Słowiańskie rośliny czarowne”, zaliczyła czarny bez do roślin wiedźmich, czyli tych o podwójnej naturze, które jednocześnie leczą i szkodzą, obdarzają dobrem i zsyłają zło, są siedliskiem złych mocy i jednocześnie chronią przed nimi.

Dla bliżej zainteresowanych:

Salamandra

 

Salamandra (fot. Koletz)

Salamandra, księżniczka leśna, kocha wilgoć. Najłatwiej spotkać ją można blisko strumieni i w wilgotnym lesie, biegającą wśród mchów. Czasem przysiądzie na spróchniałym pniaku żeby odpocząć. Jest aktywna głównie nocą, w dzień można ją zobaczyć po opadach deszczu albo w czasie porannej mgły. Salamandra jest kolorowa. Jej żółto-czarne ubarwienie to sygnał dla innych zwierząt: uwaga, jestem niebezpieczna. Salamandra ma na głowie dwa duże gruczoły z mazistą, trującą substancją. Może on podrażniać błony śluzowe i skórę a także wywoływać bardzo nieprzyjemne pieczenie. Lepiej więc salamandry nie dotykać. Drapieżniki takie jak lis, wilk czy tchórz nie interesują się salamandrami, bo wiedzą, że one są trujące. Ale jak to się dzieje, że drapieżniki, które nie widzą wszystkich kolorów, rozróżniają salamandrę? Otóż widzą one kolor żółty. To ostrzeżenie. Żółtego koloru unikaj! I salamandry żyją spokojnie.

Salamandra schowana na zmurszałym pniu buka (fot. A. Chelbicki)

Całą wiosnę i lato włóczy się salamandra się po lesie, zajada ślimaki, dżdżownice i larwy owadów. Jesienią, na przełomie października i listopada, kryje się w zmurszałych pniach i zapada w sen zimowy. Wybudza się w marcu. 

(fot. Koletz)

W wielu kulturach rozpowszechnione było wierzenie, że płaz ten rodzi się w ogniu i żyje w ogniu. 

Salamandra z Kodeksu Wiener Dioskurides, ok 512. (fot. Domena publiczna)

Uważano też na odwrót, że salamandra potrafi gasić ogień. W „Słowniku języka polskiego” Samuela Bogumiła Lindego z 1812 roku czytamy, że „jaszczurka ogniowa (…), obfitą wilgoć przez dziurkowatość wypuszczając, gasić może mały ogień”. Przesądy o związku salamandry z ogniem wzięły się najpewniej stąd, jak pisał Albin Pawłowski w 1996 roku w „Magazynie Przyrodniczym”, że widywano je ratujące się ucieczką z płonącego ogniska. Trafiły tam nieszczęśliwie i zupełnie przypadkowo wraz ze szczapami drewna, które są dla nich miejscem schronienia i zimowania. Teraz oczywiście dobrze wiemy, że salamandra, tak jak każde inne zwierzę, ognia unika. 


Salamandra jest gatunkiem chronionym, zagrożonym wyginięciem. Jej wizerunek znalazł się na wybitym przez Mennicę Polską numizmacie z serii Symbole polskiej przyrody.

Wilczy Jar

 

Wilk szary (fot. domena publiczna)

Wilki to bardzo inteligentne zwierzęta. Najczęściej żyją w watahach, ale spotykamy też pojedyncze osobniki, zazwyczaj stare i odrzucone przez watahy. One polują na łatwiejszą zdobycz, psy czy owce, a nawet szukają jedzenia na śmietnikach miejskich. 

Trop wilka (fot. A. Chlebicki)

Obecnie po Magurze błąka się taki stary basior i zabija psy. Potrafi podejść nawet na 10 metrów do spacerującej osoby. Nie oznacza to agresji, lecz utratę lęku przed człowiekiem. Natomiast  wilki żyjące w watahach są niezwykle ostrożne.

Wilczy jar (fot. A. Chlebicki)

Tytułowy Wilczy Jar to strome ujście bocznego dopływu Przysłupianki. Tutaj wilcze watahy zaganiają sarny i jelenie, i urządzają biesiadę. Po takiej wilczej uczcie pozostaje na śniegu plama krwi o średnicy nawet 5. metrów. W ciągu ostatniej zimy naliczyłem osiem zabitych ssaków kopytnych. Pewnie było ich więcej. 

Wilki łowią słabe osobniki, które nie potrafią przed nimi uciec. Zabijają też zwierzęta ranione przez myśliwych. Wilki nie stanowią dla ludzi zagrożenia. Strach przed wilkami jest wykreowany, a wiele nieprawdziwych opowieści utrwala błędne wyobrażenia na temat tego gatunku. Słynna jest historia dwóch młodziutkich kilkumiesięcznych wader (samic) z lasów koło Brzozowa, które z ciekawości podeszły do drwali. Zostały na drugi dzień odstrzelone jako groźne wilki!  A przecież wilk to ważne ogniwo w świecie przyrody, to sprzymierzeniec leśników i wbrew pozorom – rolników.

Wilczy Jar to miejsce niezwykłe.

Jasna (fot. A Chlebicki)

Hodogetria (fot. T. Sikorski)

Fragment dna praoceanu (fot. Iza Z Lasu)

Na szczycie skarpy stoi stara jodła, jedna z największych, o imieniu Jasna. Na innej wielkiej jodle zawieszono piękną Hodogetrię - Matkę Boską z dzieciątkiem. Tutaj też Iza z Lasu znalazła skamieniałość, tzw. strukturę pogrązową, która jest fragmentem dna oceanu - drugie takie znalezisko w Polsce. 

Magura

 

Magura Małastowska (fot. domena publiczna)

Nazwa „magura”, powszechna w całych Karpatach, ma pochodzenie wołoskie i znaczy: wolnostojąca, wyodrębniona góra. W XV i XVI w Beskidy zaczęli przybywać Wołosi, koczownicy znad Adriatyku, którzy przynieśli ze sobą gospodarkę pasterską. Najpierw jednak, nie mając dostępu do naturalnych hal, na masową skalę trzebili pierwotną puszczę w wyniku czego powstawały polany leśne i pola uprawne. Ale to było stosunkowo „niedawno”. A jak wyglądały te tereny miliony lat temu?  

Nasze Beskidy są pochodzenia oceanicznego. Tworzą je skały osadowe, znane jako flisz karpacki. Powstały na dnie płytkiego morza, które było częścią potężnego zbiornika, zwanego Oceanem Tetydy. Istniał przez około 100 milionów lat – od późnego karbonu do wczesnego neogenu. Na skutek ruchu płyt tektonicznych prastary ocean Tetyda zaczął się zmniejszać. Północna część tego praoceanu oddzieliła się. Działo się to około 34 miliony lat temu. Powstało wówczas wewnętrzne morze - Paratetyda. Było ciepłe, zasobne w substancje odżywcze, na jego dnie odkładały się stopniowo warstwy fliszu karpackiego.


Flisz karpacki, czyli naprzemianlegle ułożone warstwy skał osadowych (fot. A. Chlebicki)

Paratetyda, nazywana też Morzem Sarmackim, istniała zaledwie 15 milionów lat. Na skutek suszy i parowania, jej wody uległy silnemu zasoleniu i nie nadawały się już do życia. Wcześniej zamieszkiwało je mnóstwo zwierząt bezkręgowych, takich jak małże, ślimaki, kraby, korale, jeżowce. Były także ryby, których skamieniałości odnaleziono w okolicach Jasła. Co ciekawe, występowały tu także walenie. Odnotowano je w kopalnych materiałach w Ukrainie. Prawdopodobnie zagapiły się i nie zdążyły w porę, przed zamknięciem się Paratetydy, uciec do głównego zbiornika.. 

Około 11 tysięcy lat temu skończyła się epoka lodowcowa. Jak wtedy wyglądała Magura? była na pewno wyższa i bezleśna. Jej zbocza porastały zarośla wierzby lapońskiej, płożyła się bażyna czarna, a w miejscach gdzie było dość wilgoci rosła malina moroszka, czasem arcydzięgiel litwor, a wszędzie rosła płucnica islandzka. Na skałach były jasne porosty, na przykład chrobotki reniferowe.

W miarę ocieplania się klimatu zaczęły pojawiać się drzewa, głównie buk, jodła, świerk i wierzba. Potem dołączył się jawor, jesion, dąb, leszczyna a na końcu olsza. 

W naszym potoku Przysłupianka spotykamy ślady kopalnych wieloszczetów, bezkręgowców i jeżowców. Na każdym kroku natykamy się na dobrze zachowane powierzchnie dna oceanu, jak jamki wirowe, zmarszczki prądowe i jamy organizmów morskich. Została tu też znaleziona struktura pogrązowa, podobna do okazów znajdujących się w Centrum Edukacji Przyrodniczej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Struktura pogrązowa (fot. Iza z Lasu)

Potok miał wtedy bardzo płaskie i szerokie koryto, położone znacznie wyżej niż obecne. Obniżanie się potoka to wynik erozji, która najsilniej występowała na zboczach. Tak powstały często spotykane w dolinie Przysłupianki osuwiska i obrywy.

Obryw (fot. A. Chlebicki)

Powstało wtedy też małe jeziorko (w pobliżu cerkwi w Kunkowej), za którym potok wyżłobił piękny skalny kanion prowadzący do rzeki Ropy. Teraz jest tam zalew Klimkówka. W jednym z dopływów Przysłupianki  wytrąca się martwica wapienna, czyli rodzaj skały osadowej - wszystkie kamienie, gałęzie, gleba i pnie są pokryte białym „nalotem”.

Martwica wapienna w bocznym potoku Przysłupianki (fot. A. Chlebicki)

Zainteresowanym tematem polecam mój artykuł pt. Skamieniałości śladowe w paleogeńskich utworach fliszowych w dolinie potoku Przysłupianka (Beskid Niski), opublikowany w kwartalniku Chrońmy przyrodę ojczystą , 76/4/2020.

Chciałbym także podziękować profesorowi Alfredowi Uchmanowi z Instytutu Nauk Geologicznych Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie za identyfikację skamieniałości śladowych oraz  profesorowi Markowi W. Lorencowi z Instytutu Architektury Krajobrazu Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu za geomorfologię potoków.


Przyrodnik

 

prof. Andrzej Chlebicki (fot. Anton Grosch)

Profesor Andrzej Chlebicki zamieszkał w Leszczynach w 2015 roku. Jest botanikiem - mykologiem, przez  wielu lat kierował Zakładem Mykologii w Instytucie Botaniki PAN w Krakowie. Jego zainteresowania naukowe skupiają się wokół grzybów roślin arktyczno – alpejskich i borealnych, bioróżnorodności i ekologii organizmów ekstremofilnych, czyli przystosowanych do życia w skrajnie niekorzystnych warunkach środowiskowych, np. w  jaskiniach morskich, strefie alpejskiej gór, nieczynnych kopalniach. Wielokrotnie podejmował ekscytujące wyprawy naukowe na Ural, Jamał i do Patagonii, na Półwysep Kola, oraz w góry Tien-Szan, Ałtaj i Himalaje. 

O swoim życiu w Beskidzie Niskim pisze tak: "Mieszkam u podnóża Magury Małastowskiej, w drewnianym domku na końcu wsi. Nieco poniżej płynie potok Przysłupianka. Razem ze mną mieszkają tu: Lara, suczka gordonka oraz kotka norweska Miau Miau. Wszędobylskie i ciekawskie uwielbiają penetrować okolicę. Pewnego zimowego wieczoru Miau Miau bardzo długo nie wracała. Zaniepokojony wyruszyłem na poszukiwanie. Chodziłem w tę i z powrotem między domem i centrum wsi, nawołując cichutko: Miau Miau, Miau Miau, Miau Miau… Żadnego odzewu. Spać oczywiści nie mogłem,  więc nad ranem znowu wyszedłem i zacząłem wołać, i....odezwała się. Spędziła noc na drzewie obok chaty. Miała rację, wszędzie wokoło były wilcze tropy. Od tego czasu sąsiedzi, mieszkańcy wsi, uważają mnie za dziwaka, delikatnie mówiąc…"


Barwinek

 

Barwinek (fot. domena publiczna)

Symbol nieśmiertelności, wieczności i raju. Dawniej zwany fiołkiem czarownika. Trujący i leczniczy. W sekretnym kodzie kwiatowym oznacza „słodką pamięć”. Barwinek!

Kwiat barwinka (fot. domena publiczna)

Jak to się dzieje, że spośród wielu roślin ta jedna przyciąga naszą uwagę? Myślę, że nasi przodkowie zauważyli barwinek, gdy nastała jesień i jednoroczne rośliny straciły kolory. Liście barwinka pozostały zielone i błyszczące. Bo są w pewnym sensie nieśmiertelne. Jak zwróciłem uwagę na tę roślinę? Myślę, że ma to związek z moimi odwiedzinami łemkowskich cmentarzy. Barwinki często rosną na terenach zniszczonych wsi i zapomnianych cmentarzy. Potem tropy się rozgałęziły i teraz prowadzą mnie w nieprzewidywalne regiony. Barwinek stał się, na swój sposób, moim przewodnikiem po karpackich ścieżkach. 

Barwinek na cmentarzu łemkowskim w Świerzowej Ruskiej (fot. Lonia D.)

Ziemia - ta panna młoda
barwnikowe wieńce
wije
pogubione po lasach
po wsze czasy
zaślubia
zapomnienie
błękitem barwinka
zarasta
kapliczki łemkowskie
cmentarze
krzyże

Alicja Mojko, 23 listopada 2014

Odrobina magii i trochę medycyny

Barwinek. Pokrój rośliny (fot. domena publiczna)

W czasach Apulejusza miano barwinek za ziele magiczne. Utrzymywano, że przeciwdziała opętaniu przez diabła i chorobom wywoływanym przez demony. Dobry był na ukąszenia jadowitych węży i dzikich bestii. Chronił też przed zazdrością i rzuceniem uroków. Święty Albert Wielki, doktor Kościoła żyjący w XIII w., znany z zamiłowania do botaniki i alchemii, utrzymywał,  że - utarty z dodatkiem dżdżownic i ziela rojnika - ma barwinek moc wywoływania miłość pomiędzy kobietą i mężczyzną. Ale znacznie wcześniej, bo w I i II w n.e. greccy lekarze Dioskurydes i Galen, używali naparów z ziela barwinka do celów medycznych. Niedawnymi zaś czasy z barwinka wyizolowano ponad 50 alkaloidów! Mają one wiele właściwości, miedzy innymi aktywują układ immunologiczny, poprawiają krążenie mózgowe, a także obniżającą poziom glukozy we krwi. Wykorzystywane są również w leczeniu onkologicznym - hamują rozrost tkanek nowotworowych.

Vinca

Vinca minor (fot. domena publiczna)

Karol Linneusz, osiemnastowieczny przyrodnik i lekarz, opisał pięć gatunków Vinca, czyli barwinka. U nas najczęściej występuje Vinca minor, znany jako barwinek pospolity, a w obszarze śródziemnomorskim rośnie Vinca major. W Polsce barwinek rośnie w dużym rozproszeniu w cienistych lasach. Od czasów średniowiecza często sadzono go na cmentarzach. Na Ukrainie występują oba gatunki barwinka, choć Huculi, Bojkowie i Łemkowie używali w swoich obrzędach głównie barwnika mniejszego. Polska nazwa to barwinek lub lubistek, po łemkowsku barwinok. Włosi nazywają barwinek „centocchio”, sto oczu, ale także „kwiat śmierci” - wianki z barwinka kładziono bowiem na zwłokach zmarłych dzieci. Z kolei Germanie określali barwinek „kwiatem nieśmiertelności”, a na Słowacji kwiaty barwinka dodawano do weselnego kołacza. Powszechnie też uważano, że gdy komu przyśni się żywy barwinek, to będzie wiódł długie i bezpieczne życie.  W medycynie ludowej barwinek był używany do usuwania kołtuna.

Cała góra barwinków

Góra barwinków (fot. Lonia D.)

Już od lat chodzę po łemkowskich ścieżkach. Nad łąkami, choć są takie piękne i pełne radości, unosi się nostalgia. Beskid jest szczodry i bogaty - kraina pasterska, pełna niskich gór i rozległych łąk. Lasy i rzeki jeszcze radzą sobie z ludzką zachłannością. Przyroda powtarza prawie te same wzory, nie zważając na ludzkie tragedie. Byłem w Białej Wodzie, dawnej wsi łemkowskiej, gdzie zostało trochę fundamentów, zrujnowane piwniczki i… barwinki. W tomiku pt. „Cała góra barwinków" Jerzego Harasymowicza znajduje się przejmujący wiersz:

Pusto w cerkwi tu tylko słońce i księżyc leżą na posadzce krzyżem. 
Drogą zamiast wiernych dziś mrówki idą do cerkwi 
I rosną świętym w rękach kwiaty prawdziwe.
Jesienią dach cerkwi na wielkim wietrze
Zakotłował i jak jastrząb uleciał
Dziś strugi łez płyną świętym
Gdy błyskawica przyświeca.

Weselny wianek

Barwinek jest w tradycji Ukrainy - pisze w „Zielniku podróżnym” Marek Styczyński - jednym z najważniejszych elementów roślinnych ślubnego wianka panny młodej. U Stanisława Vincenza – „Na wysokiej połoninie. Barwinkowy wianek” – znajdujemy taki opis: „ trzy barwinkowe wianki włożono do trzech pokoi, w których miały oczekiwać gości z Panną Młodą i jej Oblubieńcem na czele, aby tam zacząć wstępny tan weselny.


W obrzędach weselnych Łemków i Bojków wianek z barwinka był obowiązkowy. Opowiedziano mi jeden ze zwyczajów. Otóż matka panny młodej stawiała swaszce, czyli swatce, na głowie miskę z owsem, bochenkiem chleba i barwinkiem, a następnie zarzucała na to białą chustę,  którą wcześniej trzymali za rogi starosta i starościna. Następnie zasiadano do stołu, a swaszka zdejmowała załadowaną misę. Wtedy przywoływano młodego chłopca, zwykle brata któregoś z nowożeńców. Wybierał on kilka pęczków barwinka, które starosta błogosławił. Teraz już swaszka, wraz z pozostałymi kobietami,  mogła zaczynać wicie wiankz z owsa i barwinka, dodając cztery główki czosnku. Taki właśnie łemkowski wianek zachował się w muzeum Tadeusza Kiełbasińskiego w Olchowcu. Podarowała go przed śmiercią stara Łemkini. Przez cale lata wisiał ten wianek w jej domu, na haku zrobionym z brony.

Zainteresowanych odsyłamy do:

Drzewa

 

Grusza w Nowicy (fot. Tomasz Sikorski)

Drzewo - ileż to słowo znaczy w naszej kulturze i wyobraźni! Drzewa łączą Ziemię z Niebem. Są symbolem wielkości i porządku świata. Jak samotne jabłonie czy grusze na polach, zwłaszcza w listopadzie, gdy opadły już liście i odsłania się ich graficzna piękność. Stoją jak pielgrzymi, nie uciekają, sprawują straż nad polami. Dopóty będą tam stać, dopóki wiatr albo zdradziecka ręka ich nie obali. 

(fot. Anton Grosch)

Dużo jest książek o drzewach. Wspomnę tylko kilka, jak Simony Kossak "Saga Puszczy Białowieskiej" czy Petera Wohllebena "Sekretne życie drzew". Drzewa są wytrzymałe. One umierają stojąc, jak to ujął hiszpański poeta Alejandro Casona. 

(fot. Anton Grosch)

Gdy się im dobrze przyjrzymy przypominają nas, bo my przypisujemy drzewom ludzkie wartości, nadajemy imiona, rośniemy razem z nimi. Drzewa są pomocnikami w naszej walce o Ziemię. A te olbrzymie, leciwe, przyciągają nas do siebie. Ja mam nad brzegiem Czarnej Hańczy „swoją” potężną sosnę, pod którą lubię leżeć i przyglądać się jej konarom. Sosna jest wyrozumiała i uprzejma… jeszcze żadnej szyszki nie spuściła mi na głowę. W Puszczy Białowieskiej widziałem też jesion, który przyprawia o zawrót głowy swoją wielkością. Jest niedostępny dla zwiedzających, bo jeśli udepcze się ziemię wokół pnia to drzewo zacznie zamierać. A teraz, gdy w całej Polsce jesiony wymierają nie jestem pewien czy ten białowieski jeszcze żyje. 

Tu, na Magurze Małastowskiej też mam swoje drzewo. To Jasna, potężna jodła rosnąca na brzegu Wilczego Jaru.

Jasna (fot. A Chlebicki)

Nasz las istnieje głównie dzięki jodłom. One go chronią. Zapach jodłowych szyszek i igliwia jest wyczuwalny w całym lesie, oczyszcza powietrze z bakterii, jest bardzo zdrowy. Gdy podchodzisz do jodły ona to czuje, wie że zbliżasz się do niej. Wyczuwa to to dzięki polom magnetycznym: twoim i jej. Pod wielkimi wiekowymi jodłami rosną malutkie jodełki. Stara jodła jest jak mama. Ocienia swoje dzieci, umożliwia im wzrost i rozwój, pielęgnuje. Takie drzewa nazywa się pielęgniarkami. Jodłowe maluchy nie dałyby rady przetrwać na słońcu wśród traw i ziół.